Strona główna

wtorek, 18 września 2012

Dzieje rękopisu #01 - będziesz żył w celi b(r)acie

Hej! Przygotowując tekst poświęcony zasadniczo tradycji rękopiśmiennej i związanymi z nią motywami zdatnymi do wykorzystania w grach fabularnych stwierdziłem, że robi się on dość długi. Stąd decyzja o podzieleniu go i publikacji w postaci minicyklu notek blogowych. Pierwszy wpis będzie czystko akademicki - postaram się możliwie zwięźle i ciekawie przedstawić rzeczywiste dzieje rękopisów, zaś erpegowy użytek zrobimy z tego w kolejnych notkach. Jeżeli nie zaznaczono inaczej informacje ogólne dotyczą cywilizacji grecko-rzymskiej i średniowiecznej Europy. Do dzieła!

Stare książki mają niezliczone oblicza: manuskrypty, inkunabuły, starodruki, wolumeny, zwoje, kodeksy, foliały, tabliczki, papirusy, pergaminy. Wszystkie nęcą, wszystkie wabią, skrywają tajemnice. Przykryte mrokiem historii, rzadko wykorzystywane na sesjach. Tymczasem dziedzina wiedzy zwana krytyką tekstu, która bada konsekwencje transmisji dzieła na przestrzeni dziejów, wspierana przez takie nauki, jak paleografia, czy kodykologia, może być źródłem wielu ciekawych i pouczających motywów, nadających się do wykorzystania w grach fabularnych. W szczególności, gdy chodzi o dzieła mające długą tradycję rękopiśmienną albo nawet ustną, jak było w przypadku Iliady, czy Odysei.

Sięgając po współczesne wydanie homerowego eposu czy sofoklesowego dramatu, rzadko zastanawiamy się, ile czytany tekst ma wspólnego z oryginalnym dziełem powstałym, jak by nie patrzeć, grubo ponad dwa millenia temu. Skąd polski wydawca, tudzież tłumacz, wytrzasnął oryginał do tłumaczenia? Czy to możliwe, że do naszych czasów dotrwały rękopisy podpisane przez Sofoklesa, bądź "autoryzowane" przez Homera? Odpowiedź brzmi: nie. W teorii może i tak, fakty są jednak bezlitosne: z całej spuścizny starożytnej Grecji i Rzymu do naszych czasów nie zachował się żaden tekst spisany ręką autora, bądź przez niego podyktowany. Żaden.


Nośnik tekstu

Jednym z powodu zaginięcia oryginałów była bez wątpienia licha trwałość większości stosowanych przed wiekami nośników, nie wystarczająca dla przetrwania tysięcy lat cywilizacyjnej zawieruchy. Do pewnego momentu najpopularniejszym nośnikiem dłuższych tekstów był papirus, z biegiem czasu ustępując pergaminowi. Oba przeznaczone były do korzystania w dłuższej perspektywie czasowej, w odróżnieniu od na przykład tabliczek woskowych, używanych raczej w charakterze podręcznego notatnika, czy kory drzewnej (lipa, brzoza), od której trudno wymagać nadzwyczajnej wytrzymałości, podobnie jak od stosowanych w Indiach liści palmowych.

Do pierwszej kategorii można jeszcze zaliczyć wstęgi jedwabiu, deseczki bambusowe (Chiny), haft na tkaninie (Partowie), deszczułki z drewna (lipa, buk), tabliczki gliniane albo ołowiane, czy nawet skorupy naczyń glinianych. Większość z nich, podobnie jak wymienione w poprzednim akapicie, to jednak niebywale łatwopalny materiał, a przecież w dawnych czasach pożary były częstsze (skutkiem powszechności źródeł światła typu świeca, kaganek, lampa oliwna) a ogień bardziej żarłoczny (w sensie trudniejszy do ugaszenia ze względu na stan techniki). Owszem, tabliczki ołowiane, czy gliniane, nie mówiąc o kamiennych tablicach, nie musiały tak bardzo obawiać się tego żywiołu, jednak ze względu na nieporęczność miały raczej inne zastosowania i w zasadzie nie utrwalano na nich dłuższych tekstów (a już na pewno nie robił tego sam autor). Podobnie sprawa się ma z kośćmi, czy skorupami żółwimi, które stosowano do utrwalania inskrypcji wotywnych i wróżebnych.

Oprócz wspomnianej na początku trwałości, zachowaniu rękopisów utrwalonych na papirusie czy pergaminie nie sprzyjał fakt, że nośniki te były niezwykle cenne. Skutkiem tego bywało, że pierwotnie zapisany tekst był wydrapywany, żeby zrobić miejsce nowemu. Tak wykorzystany nośnik nazywamy palimpsestem. Wprawdzie dzisiaj potrafimy odczytywać nawet podwójne palimpsesty, ale kiedyś było to niemożliwe - jeśli lepszy tekst został wydrapany i zastąpiony gorszym, to w czasach wojny, zamieszek czy innych niepokojów miał większe szanse spłonąć, gdyż podczas plądrowania biblioteki pies z kulawą nogą się nim nie interesował.

Nie można zapomnieć jeszcze o jednym, do pewnego momentu bardzo ważnym, później stosowanym incydentalnie nośnikiem tekstu, jakim była... pamięć. Trudno nam dzisiaj sobie wyobrazić, o ile lepszą pamięcią musieli dysponować ludzie, którzy ze względów technologicznych przez całe swoje życie mogli polegać niemal tylko na niej - nie mając oparcia w notatnikach, organizerach, komputerach, internetach, wreszcie książkach dostępnych na wyciągnięcie ręki i pod każdą postacią. Może więc przeceniamy możliwości naszych przodków? Niech zatem przemówi reguła skryptorium średniowiecznego klasztoru w Studion: "Jeśli ktoś będzie zapamiętywał to, co napisane w księdze, z której przepisuje, i przepisywał z pamięci (sic!), pozostanie w odosobnieniu na 3 dni."


Mądry a głupi kopista

Jak wyżej wspomniano, ani jedno dzieło wywodzące się ze starożytności grecko-rzymskiej nie dotrwało do naszych czasów w postaci rękopisu autora. Teksty, którymi dziś dysponujemy i na podstawie których przygotowywane są wydania oryginałów, bądź tłumaczeń, są - w pewnym uproszczeniu - entą kopią entej kopii, przez wieki sporządzanych ręcznie przez skrybów, czy też kopistów - często nawet niespecjalnie wykwalifikowanych - na przykład krewnych i znajomych autora (w przypadku najstarszych kopii).

Ideałem był tak zwany głupi kopista - język znał piąte przez dziesiąte, albo wręcz wcale, a przede wszystkim nie miał ambicji: starał się przepisać wszystko wiernie, co do joty (jeśli to była greka, to dosłownie!). Taki kopista, jeśli był bardzo uważny popełniał ledwie kilka błędów na stronę (bądź jej odpowiednik). Czasem "zjadł" kilka linijek, innym razem niechcący wciągnął scholion, czy też glossę do tekstu, najczęściej popełniał rozmaite literówki. Jednym słowem za dużo szkód nie narobił.

Natomiast mądry kopista, to zmora filologa. Wydawało się takiemu, że zna świetnie język i zjadł wszystkie rozumy. Skutkiem tego ingerował tekst w przekonaniu, że poprawia błędy popełnione przez wcześniejszych kopistów. Pół biedy, jeśli miał rację - gorzej, jeśli zmieniał oryginalne brzmienie tekstu. Rzadko przy tym bywał łaskaw wyróżnić swoje pomysły - w zdecydowanej większości przypadków po prostu zmieniał tekst bez śladu. To nie wszystko - jeśli kopista był wyjątkowy zarozumiały, to trafiwszy na niewielką lakunę (patrz niżej), gotów był uzupełnić treść dzieła własnymi słowami, by zachować ciągłość tekstu, zamiast uczciwie zaznaczyć ubytek i jego wielkość.

Trudności z odczytaniem

Kolejnym aspektem, który warto poruszyć jest sposób zapisu tekstu. Można sobie wyobrazić, że kopiowanie rękopisów było niczym odpisywanie wypracowania w szkole. Nic bardziej mylnego - w dawnych czasach reguły pisania był znacznie słabiej ustandaryzowane, niż obecnie a ponadto, dla oszczędności miejsca, stosowano wiele zabiegów dodatkowo utrudniających odczytanie.

Przykładowo do pewnego momentu powszechne było zapisywanie tekstu w sposób ciągły, bez wyróżniania wielkości liter, bez lub ze szczątkową interpunkcją. To jednak nie wszystko: teksty greckie do pewnego momentu zapisywano naprzemiennie od lewej do prawej i od prawej do lewej. Mianowicie gdy skryba dochodził do brzegu papirusu, schodził linijkę niżej (często w pół słowa), po czym kontynuował swoją pracę pisząc w drugą stronę, czyli stawiając znaki w odwrotnej kolejności względem poprzedniego wiersza. Nazywano to bustrofedonem.

Innym sposobem na zaoszczędzenie miejsca były abrewiacje (czyli skróty - często jako połączenie pierwszej i ostatniej litery słowa z poziomą kreską nad nimi; dość powszechnie stosowane dla tzw. nomina sacra) oraz ligatury (zapis dwóch lub więcej liter w postaci jednego znaku, np. zamiast "fi" samo "f" z pogrubioną na podobieństwo kropki od "i" kulką na końcu), czy nawet ideogramy (rysunki wyrażające pojęcia). Stosowane niekonsekwentnie, na potrzeby chwili, bez ładu i składu potrafiły znacznie utrudnić prawidłowe odczytanie tekstu.


Należy pamiętać, że kopista pracował często z niekompletnym rękopisem. Jeśli to był sczytany zwój, to często miał zniszczony początek lub koniec. Zazwyczaj nie przewijano zwoju po przeczytaniu, stąd, utrzymujący się  siłą przyzwyczajenia nawet po upowszechnieniu kodeksów, zwyczaj umieszczania danych typu personalia autora, skryby, czy tytułu dzieła na końcu zwoju. Przystępując zatem do czytania trzeba go było najpierw przewinąć do początku.

Nośnik bywał też zaplamiony, nadpalony, podziurawiony, pogryziony, nadpleśniały, porwany czy w inny sposób wybrakowany ze szkodą dla tekstu. Tego typu problemy (a także nieuwaga kopisty, którego wzrok często przeskakiwał kilka linijek) bywały przyczyną tzw. lakun, czyli ubytków, o ile skryba nie dysponował inną kopią, za pomocą której mógłby uzupełnić brakujący fragment. Dobrą praktyką było oznaczenie takiego miejsca w tekście, ale taka informacja szybko i łatwo ginęła w toku dalszej transmisji. O typach, którzy nie uznawali za stosowne oznaczyć własnej tyleż radosnej, co szkodliwej dla oryginału twórczości, pisałem wyżej.

Inne źródła błędów

Niebezpieczeństwem, na które tym razem nieco bardziej narażony był głupi kopista, było wciąganie scholiów, czy innych marginaliów do tekstu. Znany też jest przypadek skryby, który tak bezmyślnie przepisywał przemieszany tekst Jamblicha zawierający naniesione odniesienia porządkujące przemieszane ustępy, że się zapętlił. Gdy dochodził do odnośnika, nakazującego cofnąć się, czynił to, aby - cały czas kontynuując przepisywanie - znowu dojść do tego samego miejsca i znowu się cofnąć. Sekwencję powtórzył wiele razy nim tknęło go, że coś jest nie tak.

Źródłem błędów bywały także renowacje rękopisów. Wyglądało to tak, że z uszkodzonego rękopisu wybierano części dobrze zachowane i uzupełniano resztę. Łatwo przy tym o niefortunne połączenie różnych, odległych od siebie wersji tekstu, albo dodanie tekstu uzupełniającego, lecz nieautentycznego, np. dostępnej skądinąd parafrazy.

Dla niektórych ciekawostką może być fakt, że w czasach antycznych nie istniało pojęcie "plagiatu". Wykorzystywanie cudzych tekstów nie podlegało żadnym ograniczeniom - czy to formalnym, czy to wynikającym ze społecznej dezaprobaty. Swobodne podejście obejmowało również tłumaczenia. Stąd do starożytnych tłumaczeń zaginionych oryginałów należy podchodzić z dużą dozą ostrożności. A niejeden grecki tekst przetrwał do naszych czasów wyłącznie w tłumaczeniu łacińskim, bądź arabskim.

Ogólna prawidłowość jest taka, że lectio difficilior była w tradycji wypierana przez lectio facilior. A mówiąc  nieco bardziej po ludzku: w przypadku istnienia różnic w równoległych tradycjach danego tekstu, wersja trudniejsza poszczególnych fragmentów ustępowała wersji łatwiejszej. I to pomimo, że z dużą dozą prawdopodobieństwa była bliższa oryginałowi. Niestety znajomość klasycznej łaciny i greki, wraz z upływem i barbaryzacją czasów, mocno słabła, stąd warianty nierozumiane często uznawane były niesłusznie za zepsute i narażone na niepotrzebne poprawki lub właśnie wyparcie przez krążącą w obiegu łatwiejszą wersję.



Przyczyn, dla których tekst zawarty we współczesnych wydaniach eposów Homera, zbiorach tragedii Sofoklesa, czy dzieł pozostałych starożytnych autorów może mieć niewiele wspólnego z tym, co rzeczywiście wyszło spod ich ręki (tudzież z ust), jest znacznie więcej niż wymieniono w niniejszym tekście, który nie ma ambicji być niczym więcej, niż ciekawostką o charakterze popularno-naukowym. Tych, którzy odczuwają szlachetną potrzebę pogłębienia wiedzy w tym zakresie, zachęcam do studiowania filologii klasycznej, kierunku wykładanego na wielu polskich uniwersytetach.