Strona główna

piątek, 15 lipca 2011

Analiza dedukcji, czyli jak nabić czytelnika w butelkę

Conan-Doyle > Agatha Christie

Od zawsze przedkładałem detektywistyczną twórczość Arthura Conan-Doyle'a nad psychologiczne kryminały Agathy Christie. Sherlock Holmes wydawał mi się ciekawszą, barwniejszą postacią niż Herkules Poirot, czy panna Marple, zaś jego śledztwa bardziej esencjonalne, zwarte a przed wszystkim na wskroś logiczne (o absurdach u Christie mógłbym dużo napisać, ale to temat na osobną notkę). Dlatego zawsze ubolewałem nad niedostępnością wszystkich wydanych opowieści o londyńskim detektywie i marzyłem, żeby kiedyś mieć je wszystkie na półce domowej biblioteczki. Zatem kiedy ostatnio wybrałem się na większe zakupy żywnościowe do przekleństwa detalistów, a mój wzrok padł na opasłe, eksponowane jako bestseller tomiszcze pt. "Księga wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa", na mojej twarzy pojawił się banan od ucha do ucha.

O wydaniu

Niewiele myśląc nabyłem tę przeszło tysiącstronicową księgę formatu zbliżonego do A4 za zaprawdę niewysoką w stosunku do gabarytów cenę. Twarda okładka, szyty środek, tasiemka pełniąca funkcję zakładki oraz matowy i przyjemny w dotyku papier (powszechnie uznawany z niezrozumiałych dla mnie przyczyn za gorszy jakościowo) dopełniały pozytywne wrażenie. W zasadzie jedyne, co mogło zmącić moją satysfakcję, to nieuważna korekta albo rażąco nieudolne tłumaczenie. Na szczęście, jak się okazało, żadna z tych przypadłości nie dotknęła omawianego wydania (pomijając pomijanie tłumaczenia tekstów innych niż angielskojęzyczne, np. cytatów z Goethego). Książka długo na półce nie postała a ponowna lektura przygód Holmesa skłoniła do refleksji nad zagadnieniem, które zawsze mnie niezmiernie fascynowało: umiejętnością niemal bezbłędnej dedukcji, która była popisowym numerem detektywa i która za każdym wywoływała u mnie opad szczęki. I co? I okazało się, że dawałem się robić w balona! O tym właśnie będzie ta notka.

Oto pierwszy z brzegu (dosłownie) przykład popisu dedukcji

Mamy tutaj dżentelmena o wyglądzie lekarza, który równocześnie sprawia wrażenie wojskowego. Tak więc jest to lekarz wojskowy. Niedawno wrócił z tropików, bo ma ogorzałą twarz, a nie jest to naturalny kolor jego skóry, bo nadgarstki ma jasne. Przeszedł wiele trudów i chorobę, o czym świadczy jego mizerny wygląd. Był ranny w lewe ramię, widać, że dotychczas nie odzyskał w nim pełni władzy. Gdzie w tropikach angielskich lekarz wojskowy mógłby doznać wielu trudów i zostać ranny w ramię? Oczywiście w Afganistanie.
"Studium w szkarłacie", Holmes o Watsonie

No więc co to znaczy "o wyglądzie lekarza", ja się pytam. Czy laska, którą się podpiera to kaduceusz? A może nonszalancko wymachuje sobie stetoskopem? I czy naprawdę sugerowane przeżycia muszą wskazywać na Afganistan? Wyobrażam sobie, że w owym czasie Anglicy z Indii też mogli wracać w kiepskim stanie. Dobra, może się czepiam. Może w tamtych realiach w ubiorze lekarzy występowało coś tak charakterystycznego, że dla ówczesnych czytelników było to na tyle oczywiste, że nie wymagało doprecyzowania. Może z Indii nie wracało się z ranami postrzałowymi. Niemniej jednak dzisiaj wydaje się mi powyższe rozumowanie nieco naciągane. Jeśli ktoś z szanownych czytelników tej notki ma jakieś argumenty obalające moje wątpliwości, to bardzo chętnie je poznam.

A oto drugi z brzegu przykład (również dosłownie)

Mimo że był po drugiej stronie ulicy, zauważyłem wielką niebieską kotwicę wytatuowaną na grzbiecie jego dłoni. To nasuwało skojarzenia z morzem. Miał jednak postawę regulaminowego wojskowego i regulaminowe bokobrody. Wszystko to pasowało do żołnierza piechoty morskiej. Po sposobie, w jaki trzymał głowę i wymachiwał swoją laską, stwierdziłem, że najwyraźniej ma o sobie bardzo wysokie mniemanie; jego zachowanie wydawało się nieco władcze. Z wyrazu twarzy natomiast można było wywnioskować, że jest to zrównoważony, budzący szacunek mężczyzna w średnim wieku. Wszystkie wymienione fakty przemawiały za tym, że musiał być w randze sierżanta.
"Studium w szkarłacie", Holmes rozpoznający w kurierze emerytowanego sierżanta piechoty morskiej

Tym razem lepiej. Można by się od biedy przyczepić, że z powyższego tłumaczenia jasno nie wynika, na jakiej podstawie Holmes rozpoznał stan emerytalny opisywanego człowieka, oraz czemu ów "musiał" być w randze sierżanta a nie innej, zbliżonej stopniem. Niemniej od biedy można to sobie bez większego trudu jakoś dopowiedzieć. Problem polega na tym, że Watson zgrywa tutaj nadwornego błazna idiotę. Jeśli ta kotwica była tak wielka i wyraźna, a regulaminowe bokobrody (których też trudno raczej nie zauważyć) charakterystyczne były w owym czasie dla piechoty morskiej, to bezbrzeżne zdumienie doktora w reakcji na wywód Holmesa (tego już nie cytuję) wygląda delikatnie mówiąc durnowato. Jasne, mógł nie wychwycić pozostałych szczegółów, bądź nie zwrócić na nie uwagi wystarczającej do tego, żeby wyciągnąć wnioski związane z rangą, ale przynajmniej mógł powiedzieć, że wie, skąd się wzięło skojarzenie z morzem. Tymczasem zachowuje się niczym rasowy dupoślizgacz.

Dobra, koniec marudzenia na dzisiaj. Nie wykluczam jednak, że temat powróci, jeśli podczas dalszej lektury znów natrafię na coś, co przenicuje moje wyobrażenia na temat geniuszu Holmesa.