Strona główna

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą helikon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą helikon. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 maja 2014

Wieści z frontu, czyli o sabotażu i technologiach

Dawno nic nie wrzucałem na bloga, ale to nie znaczy, że się obijałem. Nie musicie wierzyć na słowo, zaraz przedstawię twarde dowody.

Sabotażysta

Sklep internetowy OtoGryPlanszowe.pl zorganizował na forum LastInn.info konkurs na opowiadanie fantasy, nawiązujące do gry karcianej Sabotażysta. Prace miały spełniać specyficzny warunek - musiały pojawić się w nich krasnoludy i co najmniej jeden sabotażysta.

Powyższy cytat pochodzi ze wstępu do zbiorku opowiadań, który dzięki wydawnictwu Książkożerca jest dostępny za darmo do ściągnięcia o tutaj.

Nieocenioną pracę okraszenia zbiorku wspaniałymi ilustracjami wykonał Marcin Feczko. Fragment jednej z nich, która bodaj nie znalazła się ostatecznie w zbiorku widzicie po prawej stronie.

A piszę o tym, bowiem jestem autorem jednego z opowiadań składających się na Sabotażystę. Jeśli chcesz poczytać więcej takich opowiadań, albo zobaczyć więcej takich ilustracji, to polecam również inny darmowy zbiorek tego samego wydawnictwa - dużo-dużo czytania i dużo-dużo obrazków znajdziesz w Ostatniej Karczmie.

Szablon postaci do FAE

Szablon postaci do FAE to taki niewyszukany programik, który popełniłem na własne potrzeby, ale się dzielę, bo może komuś coś. Generuje on i częściowo wypełnia szablon postaci na mechanice FAE, który można zaznaczyć i skopiować indziej tam, gdzie notujemy sobie BNów i spokojnie uzupełnić/dopracować.

Kilka uwag na temat działania

Aspekty (w postaci uproszczonej, do ewentualnego rozwinięcia) są losowane z tej samej bazy, z której korzysta ten generator. Oznacza to, że program wymaga połączenia z internetem, ale również to, że w bazie obecnie jest przeszło tysiąc epitetów a w przyszłości pewnie będzie więcej.

Postawy są losowo rozkładane identycznie, jak w przypadku BG, czyli po jednej dobrej i słabej oraz po dwie niezłe i przeciętne.

Presji może nie być wcale, bądź może mieć tor długości od jednego do trzech. Losowo z równą szansą dla każdej sytuacji.

Linki


Uwaga

Nie biorę odpowiedzialności za żadną szkodę wyrządzoną przez ten program pośrednio lub bezpośrednio, uschnięcie kaktusa wliczając.

Nie wiem jeszcze w jakim kierunku to pójdzie - jeśli masz jakieś uwagi, daj znać koniecznie. Niewykluczone, że zostaną uwzględnione. Szczególnie zachęcam do dyskusji pod wpisem poświęconym tej aplikacji, który znajdziecie na g-plusowej grupie Fate RPG PL.

Słowo na koniec

To jeszcze nie wszystko, czym się zajmowałem w czasie, kiedy nie napisałem niczego, co by się nadawało do wrzucenia na bloga. O efektach niektórych innych aktywności dowiecie się wkrótce. Do przeczytania!

środa, 21 sierpnia 2013

Gorączka sobotniej nocy...

Źródło
A'Bishaai daremnie próbowała się wyrwać. Moc stali połączona z żądzami człowieczych bestii uniemożliwiała jakikolwiek ruch. Dziewczyna nie była w stanie się szamotać - sygnał niezgody na to, co się dzieje mogła wysyłać wyłącznie powiekami i krzykiem... wchłanianym jednak przez pulsujące bity obłędnego technoparty. Biomechaniczne dłonie obłapiały każdą piędź doskonale boskiego ciała, palce poszukiwały głębiej. Żuchwa rozwarta do granic wytrzymałości trzeszczała jak naelektryzowany sweter. Odruch wymiotny nieporadnie protestował. Jest... prawie... tak blisko...

- Wrzuć żeton, aby kontynuować! - miękki głos przygasił neurony, jak świeczkę. 
Generowane przez maszynę doznania odsunęły się na dalszy plan, uwalniając nieco świadomość. A'Bishaai szaleńczo wierciła ręką w kieszeni, wiedząc że niczego tam już nie znajdzie.
- Kurwa - zaklęła wściekle.
Tak niewiele zabrakło. Zrezygnowana nie miała dość siły, by wywołać "Anuluj". Neurowizja wytwarzała w myślach obraz licznika. 8..., 7..., 6...

Ktoś trącił A'Bishaai.
- Kończysz, czy nie? - zniecierpliwiony wysoki głos.
4..., 3..., 2..., 1..., biiip, "Proszę czekać. Trwa procedura odłączania..." Urządzenie najpierw odpięło elektrody z czoła, obu skroni i ciemienia, następnie wysunęło bolec z potylicy. Wreszcie hydrauliczne podnośniki z towarzyszeniem charakterystycznych syków uniosły stelaż, który zapobiegał ruchom głowy i uniemożliwiał dosięgnięcie jej którąkolwiek z kończyn.

Nadal jednak A'Bishaai nie wstawała. Zamiast opuścić maszynę, zaczęła się łapać za kieszenie, wiercić, w końcu rozglądać po podłodze wokół automatu.
- Zabieraj dupę! Mam ci pomóc?! - piskliwy wrzask gdzieś z boku.
Małolata była najwyraźniej na neurodlotowym głodzie. Mocno szarpnęła A'Bishaai, która jak ragodll, na poły bezwładnie, poleciała na podłogę.

Coś zgrzytnęło. A'Bishaai uniosła się ciężko na jednej ręce, drugą wsadziła pod siebie, by po krótkiej chwili gmerania wyjąć mały, prostokątny brelok. W czasie kiedy małolata gramoliła się do maszyny, przekręcona na wznak A'Bishaai manipulowała przy breloku, który odmawiał posłuszeństwa. 

Wreszcie w obudowie błysnęła jakaś diodka a jednocześnie pojaśniał jeden z kątów pomieszczenia. W nim rozświetlony bladoniebieskim światłem ledów stał chariot. Bezszelestnie podjechał do leżącej dziewczyny, która z wysiłkiem wciągnęła na siedzisko wózka swoje sparaliżowane od pasa w dół ciało.
- Przepraszam..., nie wiedziałam... - bąknęła małolata, która przerwała wybieranie programu i przyglądała się A’Bishaai. Ta jednak nie mogła jej usłyszeć, bo była już blisko wyjścia. „Niebo i Piekło“ drżały od basów, sobotnia impreza dopiero się rozkręcała.

Praca napisana na (Niby) I konkurs LI na shorta. Jury złożone z użytkowników w liczbie 33 osób wyżej oceniło inne shorty. W sumie nic dziwnego, bo językowo trochę nieporadnie mi to wyszło.

piątek, 14 października 2011

[Bajki#02] Kopciuszek

Dawno, dawno temu w pewnym miasteczku mieszkała piękna dziewczyna. Jej życie było smutne, ponieważ po śmierci matki ojciec ożenił się powtórnie z pewną złośliwą i okrutną wdową, która sama miała dwie córki, nieustępujące w nikczemności. Te trzy babsztyle w krótkim czasie obrzydziły chłopu życie do tego stopnia, że wziął i umarł. Po tym nieszczęściu los dziewczyny, nazywanej przez macochę i jej córki Kopciuszkiem (na potrzeby bajki przyjmiemy takie ciepło brzmiące określenie - w rzeczywistości mówiono o niej kocmołuch, szmata, wywłoka a nawet mniej pochlebnie), jeszcze się pogorszył. Macocha i przybrane siostry wysługiwały się Kopciuszkiem, traktując go (/ją?) jak pomoc domową, czy wręcz niewolnicę.

Wszystko miało się odmienić po tym, jak ogłoszono, że następca tronu, młody i przystojny Królewicz, szuka żony. Okazją do znalezienia tej jedynej miał być bal w pałacu, na który zaproszono wszystkie piękne dziewczyny z całego królestwa. Córki macochy oczywiście miały zamiar uderzyć w konkury i były pewne swego. Kopciuszek byłby został w domu, bo ani nie miał się w co ubrać, ani czym pojechać do pałacu. A nawet gdyby, to macocha nie puściłaby na bal dziewczyny mogącej stanowić konkurencję dla jej córek.

Szczęśliwie dla Kopciuszka okazało się, że jej matką chrzestną jest dobra wróżka, która zjawiła się w porę i poczarowała. Stare łachy zamieniła w piękną suknię, drewniane chodaki w pantofelki z jagnięcej skóry, dynię w karocę, myszki w rumaki pociągowe. Niestety nie bardzo było kogo zamienić w stangreta (wykorzystanie do tego celu kota w sytuacji, gdy rumaki były myszami, mogło by spowodować pewne komplikacje), ale akurat Kopciuszek umiała powozić. Wprawdzie fakt, że dziewczyna zeskoczyła z dyszla zamiast wyjść z karocy, w ogólnym odczuciu zepsuł nieco entrance, ale na Królewiczu zrobiło to wrażenie, bo mile wspominał kilka przygodnych romansów z dziewuchami z gminu.

Później było już tylko lepiej - w ciągu kilku godzin balu Kopciuszek zdołał rozkochać w sobie królewicza na zabój. Czas płynął jednak nieubłaganie, a czary miały działać tylko do północy. Gdy zegar nabierał oddechu, by wybić dwunastą, Kopciuszek wybiegł w pośpiechu z pałacu, gubiąc przy tym jeden pantofelek, chwycił lejce i pognał rumaki z karocą do domu. Nagle czary przestały działać. Karoca zmieniła się z powrotem w dynię (jakie szczęście, że Kopciuszek nie siedział w środku, tylko na dyszlu) a rumaki w myszy. Jako że w tym momencie dziewczyna jechała dość szybko, toteż z impetem wylądowała w kałuży, wybijając sobie o przydrożny kamień dwie jedynki. Galopujący w pościgu Królewicz minął utytłaną w błocie, zakrwawioną, złorzeczącą pod nosem żebraczkę w łachmanach, ledwo na nią spojrzawszy.

Minęło dni kilka, życie toczyło się zwykłym trybem. Z tą różnicą, że Kopciuszek nauczył się gryźć bokiem a ponadto cały czas chodził w jednym chodaku (macocha poskąpiła pieniędzy na nową parę). Potem wydarzyły się dwie rzeczy: jedna to taka, że w bosą stopę weszły drzazgi i bardzo spuchła a druga to taka, że w odwiedziny przyszedł Królewicz, który wciąż szukał owej tajemniczej piękności, która tak nagle zniknęła z balu.

Nie wiedzieć czemu, pantofel zgubiony przez Kopciuszka nie odmienił się w chodaka. Dlatego Królewicz w poszukiwaniach swojej lubej używał go do tego celu, przymierzając na stopy wszystkich młodych dziewcząt, które napotkał. Także Kopciuszka, którego opuchnięta stopa nie zmieściła się jednak w pantofelku. Dziewczyna przezornie udawała zawstydzoną i jak najmniej mówiła, żeby nie pokazywać dziury po zębach a jak już musiała coś powiedzieć, to niby przypadkiem zasłaniała wachlarzem usta. Mimo wszystko Królewicz rozpoznał w niej piękność z balu. Od tego czasu bywał częstym gościem w domu Kopciuszka i łożył na leczenie chorej stopy.

Jednak jak pech, to pech. Mimo leczenia w stopę wdała się gangrena i trzeba było amputować. Ponadto dziury w zębach nie udało się długo ukrywać. Królewicz dzielnie odwiedzał Kopciuszka, jednak coraz więcej czasu spędzał z jedną z córek macochy - fakt posiadania przez nią obu stóp i kompletu przednich zębów a także innych przymiotów, którymi nader chętnie się dzieliła z Królewiczem, dawał jej zdecydowaną przewagę nad Kopciuszkiem. Niedługo potem chcąc, niechcąc, Królewicz i córka macochy musieli pospiesznie wziąć ślub a Kopciuszek został na lodzie (żeby nie powiedzieć w głębokiej d... dziurze). Samo życie.

środa, 28 września 2011

[Bajki#01] Bajka o pojętnym trollu

Pewnego ranka brudny, brzydki i zielony troll obudził się, przeciągnął, ziewnął (oraz wykonał inne czynności związane między innymi z upustem gazów, tudzież czochraniem się w różnych miejscach, ale nie będziemy skupiać się na takich detalach), po czym stwierdził, że na śniadanie ma ochotę zjeść człekowe mięso, bo już dawno takiego nie jadł. Wziął swoją potężną, kamienną maczugę i ruszył na polowanie w kierunku przeciwnym niż głąb lasu - czyli w kierunku ludzkich siedzib. Po jakimś czasie natknął się na drogę, która wydawała się być uczęszczana. Schował się w krzakach przy najbliższym zakręcie i czekał.

Po jakimś czasie usłyszał szurające kroki i pogwizdywanie. Wreszcie ujrzał postać wyłaniającą się zza zakrętu. Był to starszy, acz dziarski człowieczek, niosący wór chrustu na plecach. Szedł tak sobie pogwizdując, bowiem nie przeczuwał wcale grożącego mu niebezpieczeństwa. A jako że troll był okrutnie głodny, toteż postanowił odpuścić sobie to całe ryczenie, grożenie, maczugą potrząsanie i ogólnie wzbudzanie grozy, które samo w sobie jest całkiem zabawne i dodaje apetytu, ale zazwyczaj odsuwa nieco w czasie moment konsumpcji.

Dlatego kiedy człowiek mijał zarośla, w których czekał ukryty troll, spomiędzy liści bez żadnego ostrzeżenia wynurzyła się potężna, kamienna maczuga i ruchem bardzoszybkoopadającym zbliżała się do ludzkiej głowy. Wówczas wydarzyło się coś, czego troll absolutnie się nie spodziewał: człowiek porzucił wór z chrustem i błyskawicznie uskoczył, unikając przymusowej trepanacji czaszki.

Uderzenie maczugi o ziemię sprawiło, że zadrżała ziemia, kilka liści spadło z drzew a kurz podniósł się taki, że przez kilka chwil przesłonił całą scenę. Po tym zapadła długa chwila ciszy, podczas której troll usiłował zrozumieć, co się stało. W końcu kurz opadł ukazując podwijającego rękawy człowieka, który rzekł:

- Trollu, trollu, uderzając w ten sposób nigdy mnie nie trafisz. Jestem mistrzem sztuk walki i zaraz udzielę Ci lekcji.

To rzekłszy człowiek wyszukał młody dąbczak, splunął w dłonie i wyrwał go z korzeniami. Wyjętym zza cholewy kozikiem zaczął przycinać gałązki. W tym czasie tłumaczył zaskoczonemu trollowi teorię walki maczugą. Po tym jak przygotował sobie broń treningową, zaczął demonstrować uprzednio wyłożoną naukę, zachęcając trolla do naśladowania, co tamten skwapliwie czynił.

Troll okazał się bardzo pojętnym uczniem a ponieważ wciąż go wierciło w brzuchu, toteż po przyswojeniu dostatecznej jego zdaniem porcji wiedzy, powiedział, że spróbuje ponownie zdzielić człowieka maczugą. Jak powiedział, tak zrobił. Tym razem maczuga zmiażdżyła ludzką czaszkę. Chwilę później troll jadł swoje długo wyczekane śniadanie rozmyślając, jak to się dziwnie losy plotą.