Strona główna

piątek, 7 grudnia 2012

Spotkania na G+

Zapraszam do społeczności, którą utworzyłem na G+, nazwanej RPG Spotkania.

Społeczność została pomyślana, jako centrum spotkań na żywo (Hangouts), których celem jest rozegranie sesji RPG, dyskutowanie o grach fabularnych, albo wygłoszenie prezentacji (np. dotyczącej systemu autorskiego, czy technik mistrzowania).

Chodzi o to, żeby znalezienie chętnych do gry lub dyskusji za pomocą tego medium stało się łatwiejsze, niż jest do tej pory. Zapraszam!

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Stare, ale... nie jare #KB38

Jakiś czas temu reaktywowaliśmy starą ekipę i rozpoczęliśmy nowe erpegowe życie. Najpierw na warsztat poszedł Earthdawn. Rozegraliśmy kilka (cztery, czy pięć) naprawdę fajnych sesji (raporty tutaj). Czy to zasługa świata? Cholera wie, graliśmy w czasach sprzed Pogromu, więc ile tam zostało tej Barsawii w Barsawii, to ja nie wiem. Czy to zasługa mechaniki? Cholera wie, nie było zbyt wiele okazji do turlania, nie stoczyliśmy w sumie żadnej walki.

Potem zmieniliśmy się w prowadzeniu a przy tym realia. Mieliśmy grać w świecie przypominającym stylistyką lata 50-te ubiegłego wieku, z robotami i surogatami, Ziemia, historia alternatywna (była jedna wielka wojna światowa zamiast dwóch, za to długa). Taki trochę dieselpunk, chociaż roboty akurat poruszane były elektrycznością a rolę nośnika danych pełniło coś w rodzaju kryształów.

Mechanikę MG zapożyczył w Cyperpunka 2020. Nigdy nie zgłębiałem specjalnie tej mechaniki, więc swojej opinii na ten temat nie wyrażę. Dość powiedzieć, że MG i pozostali gracze ciągle na nią sarkali, więc po kilku sesjach przekonwertowaliśmy postacie na mechanikę BRP w wariancie znanym nam z Zewu Cthulhu.

Znowu kilka sesji, ogólnie railroad (więc - uprzedzając fakty - trudno zwalić wszystko na graczy), wchodzimy przez piwnicę do ratusza w którym urzęduje trzęsący okolicą kacyk do sprzątnięcia. Masakra. Sesja trwa dłużej niż powinna - MG naciąga zasady i rzuty, jak tylko może, żeby nas przedwcześnie nie pozabijać - ostatecznie zrezygnowany przerywa w momencie, w którym staje się jasne dla wszystkich, że żywi z tego nie wyjdziemy.

Oczywiście mam własną, autorską mechanikę w szufladzie. Jej początkowy koncept - o, zgrozo - pod wieloma względami przypominał stare mechaniki, obecne na raczkującym polskim rynku przed laty, kiedy zaczynałem swoją przygodę z RPG. Z czasem ta mechanika ewoluowała i dzisiaj jestem z niej bardzo zadowolony.

W dużej mierze dlatego, że każde z kluczowych dla niej rozwiązań jest na tyle odmienne od tych, które znam z takich gier, jak Warhammer, MERP, Zew Cthulhu, Wampir i kilku innych z tamtych czasów, że przy jej zastosowaniu stare problemy nie wracają, niczym zmory z przeszłości. Jak można się domyślić, wspomniane w poprzednich akapitach doświadczenia, utwierdziły mnie w słuszności obranego kierunku.

Uwielbiam Stary Świat. Nie wiem, czy tylko przez sentyment, czy może jednak ma w sobie to coś. Uwielbiam bóstwa chaosu, mutantów, spaczeń, skaveny, Middenheim, Kislev, nekromantów, Morrslieba, zabójców trolli i wiele, wiele innych smaczków Starego Świata. Poprowadziłem w nim dziesiątki sesji a chciałbym więcej. Zawsze, kiedy myślę o prowadzeniu moje myśli nieustannie dryfują w kierunku Fauschlagu i Miasta Białego Wilka. A jednak. Kiedy po latach przerwy w końcu coś zacząłem prowadzić, to jest to w zasadzie świat autorski. I działa. Spaczeniowy gorset chyba tylko krępowałby ruchy. Nie wiem dlaczego, nie wiem, jak to działa a jednak.

Zatem. Wczorajsze światy dzisiaj? Może. Wczorajsze mechaniki dzisiaj? Nigdy więcej!

Z drugiej strony ciekawe, jaki kształt miałaby moja mechanika, gdyby nie bolesne, acz pouczające doświadczenia z tych durnych starych.

Przy czym, nie wypowiadam się na temat tego, jak się sprawdzają naprawdę stare pramechaniki, światy i sposoby grania. Niemniej lektura Inspiracji pozwala domniemywać, że lepiej, niż wiele spośród dzisiejszych.

Wpis powstał z okazji i poduszczenia 38. edycji Karnawału Blogowego.

wtorek, 20 listopada 2012

Plany na za tyldzień, czyli notka o notkach o notkach i o komentarzach

W związku z niebywałą popularnością (patrz plebiscyt topłanfri), jaką cieszą się w ostatnich dniach notka o notkach  towarzysza Dźwigara i notka o komentarzach towarzysza Piotrogroda, kierownictwo Polteru (ci od faqów dla fanów) wespół w zespół z juzerami postanowiło wyjść naprzeciw oczekiwaniom gawiedzi i oto zapowiedzi przyszłotygodniowych wpisów objętych specjalnym patronatem:
  • Tyldy są wśród nas - czyli jak odróżnić zalogowaną tyldę od prawdziwego użytkownika?
  • Zaplute tyldy reakcji  - czyli o haniebnej praktyce podpisywania się niektórych tyld nickiem prawdziwego poltertowarzysza.
  • Generator polterkomentarzy  - dzięki pregenerowanym frazom już nigdy nie wypowiesz się wbrew oficjalnym wytycznym Poltrii!
  • Polterpoprawne wpisy - czyli zbiór tematów zgodnych z oficjalną linią Poltrii.
  • Paszport Polteru - pomysł na lepszą przyszłość, czyli gwarancja poprawności polterycznej juzera.
  • Czemu Polteru umierasz? - odc. 1056.
  • Śmieciowe wpisy - czyli o jałowości i bezcelowości merytorycznych notek.

Prócz tego konkurs. Należy możliwie sensownie odpowiedzieć na dwa pytania:
  1. Dlaczego towarzysza Piotrogroda męczą komentarze tyld po notkami innych użyszkodników?
  2. Kto pociska towarzysza Dźwigara, który przecież "nie po to wchodzi na bloga polterowego zeby potem musial sie gdzies przeklikiwac"?
Do wygrania polteryjne pozdrowienie i uścisk repzesa.

Pozdro userzy!

środa, 14 listopada 2012

Dzieje rękopisu #02 - zawód kopista


(...) książki pełne są słów ludzi mądrych, pełne starożytnych wzorów obyczaju, praw i bogobojności. One żyją, obcują z nami i rozmawiają, uczą nas, kształcą, pocieszają i sprawy najodleglejsze od naszej pamięci, jak teraźniejsze stawiają nam przed oczy. Tak wielka jest władza tych ksiąg, tak wielka powaga i dostojność,  taka wreszcie godność, że gdyby książki nie istniały, wszyscy bylibyśmy nieokrzesanymi prostakami (...)
Kardynał Bessarion,
akt darowizny księgozbioru
na rzecz biblioteki weneckiej

Przedstawiam drugi artykułu z krótkiego cyklu "Dzieje rękopisu". W odróżnieniu do poprzedniej części, tym razem jest to raczej zbiór ciekawostek, niż usystematyzowana wiedza - ot, po kwerendzie zostało trochę fiszek, które nie bardzo jest jak ująć w sensowną całość. Głównie będzie o doli kopisty i trochę o bibliotekach. Zapraszam do lektury!

Zawód kopista

W celu zapewnienia należytej uwagi i staranności przy przepisywaniu, teksty bywały okraszane dyscyplinującymi "zaklęciami". Oto przykład: Zaklinam ciebie, w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa i jego chwalebnej, ponownej paruzji, gdy przyjdzie sądzić żywych i umarłych - porównaj twoją kopię i popraw ją uważnie według tego egzemplarza, z którego przepisałeś, a to zaklęcie przepisz na swoim egzemplarzu tak, jak je masz.

W regulaminach przyklasztornych skryptoriów przewidywano surowe kary za zaniedbania na polu pracy skryptorskiej. Przykłady z klasztoru w Studion, słynnego z przepisywania tekstów: Jeśli sporządzi kleju ponad miarę i przez niedbalstwo da mu zbutwieć, niech odprawi pokutę 50 razy, Jeśli ktoś odczyta więcej, niż jest napisane w księdze, z której przepisuje, ma spożywać posiłki tylko suche, czy wspomniana już w poprzedniej notce reguła Jeśli ktoś będzie zapamiętywał to, co napisane w księdze, z której przepisuje, i przepisywał z pamięci (sic!), pozostanie w odosobnieniu na 3 dni.

Jak można wywnioskować z lektury poprzedniej części, dobry kopista powinien być skromny, żeby pycha nie zakłócała odbioru tekstu. Jednym ze sposobów na temperowanie ego było nadawanie sobie przez skrybów umniejszających określeń przy podpisywaniu kopii. Wśród nich znamy takie, jak: prostak, najgorszy z ludzi, niezdarny skryba i przykładowy cały podpis: Józef, lichy zakonnik, nieuk i niezdarny skryba.

Praca kopisty była wynagradzana od strony tekstu. Stąd między innymi szerokie marginesy dookoła tekstu, charakterystyczne dla wielu średniowiecznych rękopisów. Oprócz samego "przepisywacza" przy zdobionym rękopisie pracowało często jeszcze wielu innych specjalistów takich jak rubrykator (wyróżnianie wyrazów uznanych za ważne na czerwono), iluminator (zdobienia typu esy-floresy), czy miniaturzysta (od obrazków, nie mylić z miniatorem, który był od upiększania liter, np. inicjałów).

Stąd potem rachunek za wykonanie rękopisu wyglądał na przykład tak, jak w przypadku Ewangeliarza z XII w: obliczony koszt za ten "Ewangeliarz" wynosi, jak następuje: za pergamin 13 hyperperów, opłata kopisty i przyborów 18, za kartę tytułową i lazurowanie obrzeży [...], za odrębne złocenia rozdziałów i nagłówków każdej ewangelii 17 florenów [...], czyli 30 hyperperów, opłata chryzografa 8 hyperperów, introligatora [...].

A trzeba przy tym pamiętać, że papier (czy inne podobne nośniki) nie był tani. Cena ryzy papieru w połowie XVI wieku na ziemiach polskich wahała się między 20 a 40 groszy. W tym samym czasie trzewiki kosztowały 7-14 groszy, koszula lniana 5-8 groszy, korzec pszenicy 5 groszy a gęś tuczona 2-4 grosze.

(Jak już przy cenach jesteśmy, to odrobinę wykroczymy poza ramy tematu. Oto ceny niektórych druków w XVI w: Statuty Łaskiego 30 florenów, Wizerunek własny człowieka poczciwego Reja 6 florenów, Gramatyka Donata 4 grosze. A dla porównania: za wołu płacono 4 floreny, za konia przeszło 18 florenów, a za parę butów 17 groszy. Cena 500 arkuszy papieru między 20 a 40 groszy. W XVII wieku do najdroższych książek należały atlasy wycenione na 150 florenów. Pojedyncze mapy po 5 florenów. Mnóstwo ciekawych a przy tym skażonych spaczeniem materiałów o starodrukach znajdziecie u Pafnucego)

To wszystko sprawiało, że zdarzały się oszustwa, których czasem dopuszczali się nawet uznani "wydawcy". Bywało że skryptorium nie dysponowało kopią zamawianego tekstu umożliwiającą zrobienie odpisu a mimo to podejmowało zlecenie. Potem dostarczano kopię zupełnie innego dzieła, opisaną jednak tak, jakby była tym zamawianym.

A z drugiej strony nie było w zwyczaju płacić autorom za książki - co najwyżej, jeżeli to był druk, otrzymywali gratis kilka wydrukowanych egzemplarzy. Owszem, w przypadku pisania na zlecenia, autor bywał wynagradzany, jednak nie uzyskiwał przez to żadnych praw do czerpania zysków z rozpowszechniania czy innego korzystania ze swojej pracy. Pierwsze klasyczne honoraria autorskie pojawiły się dopiero w XVIII wieku!  

Średniowieczna biblioteka

W europejskim średniowieczu przez długi czas istniały niemal wyłącznie biblioteki przyklasztorne, dopiero z czasem wzrastała rola bibliotek uniwersyteckich. Tymczasem w XII w. w samym tylko Bagdadzie miało funkcjonować 36 bibliotek publicznych. Ponadto wielu możnych tego miasta udostępniało również zainteresowanym swoje prywatne zasoby.

Istniała już wówczas potrzeba klasyfikacji, jednak stosowano sposób zgoła odmienny od znanych dzisiaj: otóż spis rozpoczynano zawsze od dzieł teologicznych a dalej kontynuowano poprzez określone nauki.

Do późnych czasów zasadniczo czytano wyłącznie na głos, stąd powszechnie słyszane w przybytkach bibliotecznych murmurandum.

Księgi układano grzbietami do ściany. Ponadto bywało, że w celu ochrony przed kradzieżą przytwierdzano je łańcuchami. I tu się pewnie przydawał grzbiet, bowiem zwyczaj umieszczania na nim informacji o tytule, czy autorze jest późniejszy. Takie księgi zwano z łacińska libri catenati.

Tyle na dzisiaj. Ostatnia odsłona cyklu będzie poświęcona wykorzystaniu na sesji RPG wiedzy przedstawionej w dwóch pierwszych częściach. Pozdrawiam i zachęcam do komentowania!

niedziela, 4 listopada 2012

Spiritus a motywy awanturnicze

Perfidnie prowokacyjny spiritus z tytułu notki jest łacińską wersją imienia pewnego nietuzinkowego, komiksowego superbohatera, mianowicie Spirita. Całkiem przypadkiem wpadła mi ostatnio w ręce antologia najlepszych opowieści z Duchem w roli głównej. Mimo kilkudziesięciu lat na karku historie przedstawione w zbiorku doskonale się bronią i ku mojemu szczeremu zaskoczeniu nie mogłem się od nich oderwać. Poziomem odstaje jedynie pierwsza opowieść, ale jak najbardziej jest potrzebna, bowiem przedstawia "narodziny" bohatera. W tej notce chciałbym przedstawić kilka ciekawych awanturniczych motywów, które pojawiają się na kartach antologii. Jeśli więc zamierzasz przeczytać ten komiks a nie chcesz zepsuć sobie zabawy, natychmiast zamknij przeglądarkę.

Kopia w zanadrzu

Mistrzowsko wykorzystany klasyczny już dzisiaj motyw podmiany oryginału na kopię w celu zyskania czasu. Oto mamy bal wyższych sfer, na którym gości pewien książę, właściciel drogocennego orderu. Piękna złodziejka porywa dostojnika do tańca, podczas którego kradnie order. Jednocześnie będący w pobliżu wspólnik niepostrzeżenie upuszcza kopię na ziemię, w odpowiednim momencie ją "znajduje" i wręcza księciu, niczym przypadkową zgubę.

Nie żyjesz... a jednak

Kolejny klasyczny motyw, mam wrażenie, że o ile bywa dość często wykorzystywany przez MG w odniesieniu do bohaterów niezależnych, o tyle gracze rzadko robią z niego użytek. Często się zdarza, że postać powinna zginąć i nawet może wszyscy myślą, że tak się stało, ale oto litość MG, albo punkt przeznaczenia pokrzyżowały kostusze szyki. Co teraz? Zazwyczaj gracze po czymś takim kontynuują przygodę, jak gdyby nigdy nic (co najwyżej postacie muszą najpierw wylizać się z ran). Błąd! Los daje ci w ręce ogromną przewagę: twój wróg myśli, że nie żyjesz. Wykorzystaj to!

Najciemniej jest zawsze pod latarnią

Wszyscy zabijają się w walce o list, który zawiera jakieś niezwykle cenne informacje. Sęk w tym, że koperta zawiera pustą kartkę. Szczęśliwy - a przy tym być może tymczasowy - posiadacz próbuje wszystkich możliwych sposobów na ujawnienie tekstu zapisanego atramentem sympatycznym i wszystkie jednako okazują się nieskuteczne. Nic dziwnego, bowiem wiadomość zapisano na odwrocie znaczka pocztowego.

Podziemne miasto

Miasto pod miastem samo w sobie jest dość popularnym motywem. Rzadko jednak wykorzystuje się jego potencjał, separując niejako oba światy: nadziemny i podziemny. A przecież wielu, spośród zaginionych bez wieści, wielu, spośród rzekomo nieżyjących, albo od lat nieaktywnych nadziemnych przestępców może sobie żyć w najlepsze w takim mieście. Odkrycie go przez bohaterów może zatem nie tylko otwierać nowe wątki, ale również kontynuować i zamykać stare.

To tylko kilka wybranych, spośród wielu, często do dziś nie wytartych motywów. Na zakończenie dodam, że wbrew temu, co można by sądzić po tej notce, nie wszystkie historie spośród zaprezentowanych w Najlepszych opowieściach są czysto kryminalne, czy przyziemne: w niektórych pojawiają się elementy fantastyczne, niejedna skłania do refleksji. Polecam!