Strona główna

piątek, 12 lipca 2013

Wygrałem erpegowego Ig Nobla #KB45

Antycholesterolowe nieotamowywania wypuka dupki mityzmami.
Gliniankowy zakład poprzeszywałby zgliszcze nieusynowianiami.
Abdykacyjne kajakarki łupiła chlebaczki nieharmonicznością.
Tunelowe skompensowanie gwarantowało ożypałkowate zaślubianiem.
Niedezorganizacyjne pozacinanie łgałaby niepozliczanie peperowcem.
Niewspółpodróżne ssanie eksterminowałaby prądomierz skrzydłowcami.
Niewielołamowe przeciążania żałowałby heliktytów wyhaftowaniem.
Hajdarabadzkie agronomii jesienniał odchorowywanie frymarczeniem.
Niezimnowodni Łosiewiczowie zrzynają grafiony Łukaszykiem.
Niesprawcza hipertelia przysypia cud lodziarzem.
Nieperiodykowe haftnięcia pogrążyło nieprześlęczenie cioteczką.
Niestarszawa paskarka zarachowałaby shoppingów popieliskiem.
Niepobliskie niezbierania pozrąbywało łysiczki nacieszeniami.
Nienaśnieżona blastogeneza śmierdło zagojenie niesztampowościami.

Fajne, nie? Szkoda że zupełnie nieużyteczne. Jak to się ma do tematu 45. edycji Karnawału Blogowego RPG prowadzonej przez Neurocide? Ano już tłumaczę.

Improwizacja musi mieć pożywkę. No, może i nie musi, ale pożywka ułatwia proces improwizacji, stymuluje twórczą część umysłu poprzez wzbudzenie skojarzeń. Wiadomo o tym od dawna - tabele abstraktów (oto przykład wykorzystania kart tarota u Darcane) znane miłośnikom starej szkoły nie wzięły się znikąd. Takie tabele trzeba jednak przygotować a ponadto dają ograniczoną pulę skojarzeń. Postanowiłem rozwiązać oba te problemy. Nie wyszło. Ale efekty są zabawne, co widać na początku tej notki.

Otóż zauważyłem, że długość tabeli abstraktów w zasadzie ograniczona jest wyłącznie zakresem słów języka, w którym tabela jest tworzona - w naszym przypadku chodzi o język polski. Małe poszukiwania i oto jest: Morfologik - większy projekt, którego interesującą nas częścią jest otwarty, darmowy słownik, aspirujący do miana kompletnego, liczący, bagatela, blisko 3,5 miliona słów (wliczając formy fleksyjne, a wyłączając - jak widać wyżej nie zawsze skutecznie - nazwy własne)! Świetnie. Zatem teraz wystarczy zaprząc komputer do roboty i projekt Plaża, sesja sama się pisze.

No to jazda. Klepu-stuku..., stuku-klepu... i voila! Mamy program, który wykorzystując Morfologika tworzy losowe zdanie w schemacie: przydawka + podmiot + orzeczenie + dopełnienie bliższe + dopełnienie dalsze. Trochę niedoskonale łączy formy pod względem fleksji, ale nic to - w razie potrzeby się dopracuje. Dajemy jeszcze teraz pętelkę, odpalamy i... gotowe! Oto nasza tabela abstraktów (to własnie to dziwactwo z początku notki). Oczywiście nie chodzi o to, żeby zdania traktować dosłownie - niech mały fragment, albo choćby jedno słowo zaczepi nasz umysł narzucając jakieś skojarzenie i wystarczy.

Dobra nasza, trzeba wypróbować... Eeee..., tego..., ale kupa. Okazuje się, że tak koło połowy słów nie rozumiem! A tam, pikuś, po prostu nie będę na nie zwracał uwagi. E..., kurde, nie da się. Nie wiem, jak was, ale widok tych potworów dusi w zarodku wszelkie procesy twórcze w moim mózgu. Kiedy patrzę na dowolne spośród wygenerowanych zdań, zamiast mnóstwa skojarzeń mam tylko jedno: WTF?!

No i tak właśnie. Eksperymentalnie dowiodłem głupoty własnego pomysłu. Może jednak w związku z nim przychodzi wam coś ciekawego do głowy? Co jeszcze z tym można zrobić poza wrzuceniem całości do archwium Projekty nieudane?

środa, 12 czerwca 2013

Potwór też człowiek #KB44

Pod wpływem tego wpisu paralaktyczny nie zmieni swojej opinii (zwłaszcza, że uwag, o które prosiłem, nie doczekałem), gwiazdy nie znajdą się w porządku a walka o tytuł  Największego Buca Fundomii pomiędzy pewnym niepraktykującym celebrytą a pewnym szczodrym wydawcą nie zostanie rozstrzygnięta. Niemniej piszę, bo Karnawał i bo mogę. A co.

Tak się składa, że jedna z poprzednich edycji Karnawału miała dość zbliżony temat do obecnej, potworzastej, mianowicie Zło. Popełniłem wówczas dwie notki. Myśl przewodnia jednej z nich była bliska tego, co chcę napisać teraz. Niemniej postaram się nie powtarzać, zwłaszcza że mam kilka rzeczy do dodania.

Ulubiony potwór MG

U jednego z moich kumpli grałem kilka razy w WFRP. I ów MG co najmniej dwukrotnie wystawił przeciwko nam stwora widniejącego w bestiariuszu, jako kameleopij. Potwora ta, będąca w istocie wielką pijawką, posiada zdolność wtapiania się w otocznie za pomocą iluzji. Tak jak kameleon, tylko bardziej, bo może na ten przykład udawać skrzynię ze skarbami. Z kolei na ilustracji kameleopij przyjmował postać nadobnego, związanego dziewczęcia, które zapewne przynętą było dość skuteczną, aczkolwiek iluzja w kontekście zastanego opisu raczej absurdalna, bo trudno uznać półnagą dziewoję za typowy element otoczenia typowego dla warhammerowej przygody. I chociaż ilustrator trochę pojechał, to paradoksalnie trafił w punkt. Potwór byłby o wiele ciekawszy, gdyby zamiast wtapiać się w tło, potrafił właśnie przybrać postać czegoś, co ofiara łyknie, jak młody kaczor. Przy czym, w przypadku kilku ofiar, każdy widziałby tak naprawdę coś innego (nawet związane, hoże dziewczę każdy widziałby inaczej, bo każdy ma swój ideał - podejrzane powinno być już samo to, że dziewczyna wygląda, jak ze snów). Tyle że zanim uzgodnią, co widzą, to może być już za późno.

Ludzie to wilcy

Najgorszy, najobrzydliwszy, najplugawszy nawet potwór jest niczym wobec totalnie zdeprawowanego zwyrola. Nie chodzi nawet o to, do czego są zdolni, ale dystans, jaki dzieli nas od obcych. Cokolwiek nie zrobią, to jest... obce. Tymczasem te same czyny w wykonaniu istoty ludzkiej zyskują nowy wymiar, budzą pewien specyficzny niepokój, czasem wręcz niezdrową fascynację - czy ja też byłbym zdolny do takiego okrucieństwa? Nie zadamy bezsilnego pytania jak on mógł?, widząc wilki rozszarpujące dziecko. Żaden potwór, żadne zło nie będzie tak straszne, jak człowiek-potwór. Patrz też wpis, pt. Wyglądasz, jakbyś chciał dostać w ryj.

Wróćmy jeszcze do kameleopija. A jakby tak iluzje przez niego powodowane wyzwalałyby najskrytsze pragnienia, perwersje takie, do których boimy się przyznać sami przed sobą. Albo lęki, fobie. Albo wyrzuty sumienia, stare blizny umysłu, postępki, o których usilnie próbowaliśmy zapomnieć. Wizje podsuwane przez potwora mogą odwoływać się do rzeczywistych zdarzeń i ich konsekwencji, jak na przykład porzucenie przyjaciela w potrzebie, skutkujące jego śmiercią może sprawić, że mocą kameleopija zmarły pojawi się, by wypomnieć bohaterowi tragiczną w skutkach chwilę słabości.

Ale wizje mogą też karmić się lękiem przed tym, co mogło się wydarzyć. Może ów przyjaciel jakimś cudem wydostał się z taraptów i przeżył - nasz bohater jednak nie wie, jak się skończyła tamta historia. Iluzja stworzona przez kameleopija może być tutaj równie dobrze potępieńczym widmem, co udawać przyjaciela z krwi i kości, który żyje, ma się dobrze i nosi w sobie cholerny żal...

Jak mawiają starzy górale: potwór, to nie ilość macek, to stan umysłu.

niedziela, 26 maja 2013

Nie znam się, to się wypowiem, czyli o szerokości rynku #KB43


Nie znam się, to się wypowiem. Serio. Nigdy nie zarabiałem, nie zarabiam i w najbliższej przyszłości nie planuję zarabiać na grach fabularnych. A jeśli chodzi o wydawanie, to wydawałem co najwyżej bułki na wycieczce szkolnej. Dlaczego więc piszę ten tekst? Ano dlatego, że chyba nikt jeszcze nie spojrzał na temat 43. edycji Karnawału Blogowego (prowadzonej przez Piastuna) holistycznie (można by powiedzieć zwyczajnie całościowo, ale język polski jest w odwrocie; o, pardon, passe, chciałem powiedzieć).

Na początek wypada napisać, jakie znaczenie pojęcia rynek przyjąłem na potrzeby tego artykułu. Otóż dla mnie rynek jest tam, gdzie jest popyt i podaż. Ktoś coś dostarcza (usługę, produkt), bo ktoś za to płaci (niekoniecznie pieniędzmi). Tyle. Jaki ten rynek jest, to już inna sprawa i nad tym raczej nie będę się rozwodził. Wyliczę natomiast części składowe polskiego rynku gier fabularnych. A coby nie zacząć sadzić kocopałów, powstrzymam się od wygłaszania opinii. To pozostawiam Wam, specjalistom.

Na pierwszy ogień idzie to, o czym się przede wszystkim myśli w kontekście rynku RPG, czyli wydawanie. Wydaje się podręczniki do gier fabularnych, a do tych podręczników wydawaje się dodatki. Rozkraczona gdzieś na pograniczu fantastyki i gier fabularnych znajdzie się beletrystyka osadzona w erpegowych światach. Poza tym są jeszcze almanachy, czyli teksty erpegowe do stosowania ogólnego. Czasopisma o profilu erpegowym w Polsce w większości umarły a za te, które jeszcze przędą, nikt nie bierze złamanego grosza. Wydawać można na papierze, w postaci elektronicznej albo tak i tak. 

Niektórzy do grania potrzebują rozmaitych gadżetów (mówię tylko o typowo erpegowych, nie zaś produkowanych dla innego rynku): kości, plaskaczy, figurek, żetonów, czy innych sztonów, talii specjalnych kart i innych. Zatem rynek RPG, to też produkcja tychże.  Warto tutaj wspomnieć rodzimy Q-workshop, który się wygodnie rozsiadł na światowym rynku.

Coraz większą popularność zdobywa granie wspomagane komputerowo, albo wręcz online. Stąd wysyp programów wspierających rozmaite aspekty erpegowania - tak generycznych, jak i dedykowanych konkretnym systemom; tak samodzielnych aplikacji, jak i dostępnych przez stronę internetową; tak rozwiązujących jeden konkretny problem, jak i kompleksowo wspierających niemal każdą możliwą czynność; wreszcie tak darmowych, jak i płatnych (czasem tylko za dodatkowe funkcje; czasem jednorazowo, czasem cyklicznie za abonament).

Dalej mamy imprezy stricte branżowe lub łączone (z fantastyką, grami komputerowymi, planszowymi, bitewnymi, etc.): konwenty, targi i inne takie. Zazwyczaj płaci się za wjazd a potem w zasadzie dowolnie wybiera atrakcje spośród dostępnych: prelekcje, sesje, LARPy, turnieje - do wyboru do koloru. Do tej części rynku można też wrzucić mniejsze imprezki typu kolonie z RPG, czy zjazd erpegowców z rodzinami (Khaki kiedyś coś takiego robił). Również LARPy bywają organizowane, jako zupełnie samodzielne, czasem płatne wydarzenia.

Jak już przy LARPach jesteśmy, to warto wspomnieć o strojach i akcesoriach larpowych, jak np. broń, wisiorki i inne. Owszem, tutaj rynek zazębia się z rynkiem cudaków z bractw rycerskich, militarystów i innych masońskich lóż. Niemniej niektóre sklepy (przykładów nie podam, ale łatwo znaleźć) pozycjonują się wprost, jako sklepy larpowe. Są więc elementem rynku RPG.

Gry fabularne są też elementem szkoleń. Często przemycane chyłkiem, bez jakiegokolwiek kontekstu, służą wyłącznie naświetleniu określonego problemu, wygenerowaniu zachowań, decyzji, które stają się podstawą do omówienia przez pryzmat celu szkolenia i wyciągnięcia wniosków. Mimo to prowadzący często znają szerszy kontekst i mają styczność z prawdziwymi grami fabularnymi. Widziałem też oferty eventów dla firm z grami fabularnymi.

Kojarzy mi się też, że kiedyś na Allegro, czy na jakieś stronie WWW była oferta pisania scenariuszy na zamówienie. W sensie rzucacie temat, system, jakieś inne wymagania i dostajecie gotowy scenariusz. Wydaje mi się niemal niemożliwe znaleźć kogoś, kto za coś takiego zapłaci, ale próba była. Teraz tego nie mogę znaleźć, co może oznaczać, że nie wypaliło. Za pieniądze można też poprowadzić sesję. Taki MG do wynajęcia, płatność od godziny, czy od sesji. Chyba też już gdzieś to widziałem i chyba też fandom dyskutował na ten temat. Podobnie, jak poprzednie wydaje się bez sensu. 

Co jeszcze? Kursy dla MG? Kursy dla graczy? Kursy pisania scenariuszy? Kursy robienia handoutów? Nie spotkałem się, ale nie zdziwiłbym się, gdyby coś podobne funkcjonowało. Może niekoniecznie w Polsce, ale gdzieś na świecie. Przychodzi wam coś jeszcze do głowy, coś pominąłem, czegoś nie znałem?

Ogólna refleksja po tej wyliczance jest taka, że rynek RPG jest bardzo szeroki w porównaniu na przykład do siostrzanej fantastyki, gdzie jest wydawnictwo, targi/konwenty i... chyba tyle. Oczywiście głębokość jednego a drugiego, to już jest całkiem insza inszość.

środa, 24 kwietnia 2013

Grałem sesję... #KB42

Grałem sesję, w której bohater został trafiony strzałą w plecy przez łucznika ustawionego en face, bo tak wypadło na kościach...

Grałem sesję, w której za porządek w świecie lo-tech odpowiadała organizacja, której członkowie posiadali oręż zadający k100 obrażeń, podczas gdy bohaterowie dysponowali bronią raniącą tak koło 2k6+3...

Grałem sesję, w której do ustalonego przez MG celu wędrówki popychała nas niewidzialna ściana, nie pozwalająca zboczyć z wyznaczonej trasy...

Grałem sesję, w której BN, który podpadł jednej z postaci graczy, został przyszpilony do podłogi przy pomocy kuszy i torturowany...

Grałem sesje, w których BN byli wszechwiedzący do tego stopnia, że nawet gdyby moja postać zakopała się sto metrów pod ziemią i tam skrycie fapowała, to i tak po wyjściu na powierzchnię spotkały by ją z tego powodu drwiny ze strony BNów...

Grałem sesję, w której MG skomentował moją deklarację działań słowami: "Nie możesz tego zrobić. Nie mam tego w scenariuszu".

Grałem sesję, w której postaci sikającej przez okno gospody kawałek szkła obciął przyrodzenie, a była to zemsta MG za to, że postać nie wyszła za potrzebą na dwór, gdzie czyhały na nią niespodzianki.

Grałem sesje, w których MG tak pieczołowicie prowadził rozdzielone postaci, że czekało się nawet dwie godziny na swoją kolej.

Prowadziłem sesję, podczas której straciłem nad sobą panowanie z powodu niezdolności do porozumienia z graczem co do sytuacji w świecie gry...

Prowadziłem sesję dla dziewięciu osób, z których bodaj żadna nie była tak naprawdę zainteresowana grą...

Prowadziłem sesję, którą zakończyłem wybiciem całej drużyny pod byle pretekstem, ponieważ miałem dosyć prowadzenia...

Grałem i prowadziłem sesje...

I żadna z nich nie była tą najgorszą...

Najgorszej sesji w życiu nie zapowiadało niemal nic.

Cthulhu na Dzikim Zachodzie. Takie Deadlands można by rzec pewnie, ale wówczas o tym nie wiedzieliśmy. Prowadził kumpel. Możliwe że to był jego debiut, ale nie jestem pewny. W każdym razie nigdy nie był regularnym MG. Dwójka graczy - ja i inny kumpel.

Przybywamy do miasteczka, tam do rozwiązania jest tajemnicza intryga. Z pozoru kryminalna, ale pewne rzeczy wskazują na drugie dno - nadprzyrodzone. Generalnie bawimy się w detektywów. Jest super - wkręciliśmy się w klimat, scenariusz nas zaintrygował, MG daje radę. Jest super.

Nagle szeryf miasteczka nas aresztuje pod jakimś niesłusznym zarzutem. Nie stawiamy oporu - nie dostrzegamy żadnego powodu, by sprzeciwiać się władzy. Lądujemy w areszcie, nikt nie słucha naszych tłumaczeń, zostajemy tam na noc.

Wstaje dzień. Słońce wschodzi. Czas na egzekucję. Postać moja i kumpla wisi na szubienicy.

Że co?!

Po dziś dzień głowię się, dlaczego typ w taki sposób zakończył tę sesję.

Wpis powstał z okazji 42. edycji Karnawału Blogowego RPG (linkuję stronę główną karnawału, choć tam jest jakiś zawis z aktualizacją), którą opiekuje się Krzemień.

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Karnawał Blogowy #41 - Podsumowanie


Czas zamknąć 41., marcową edycję Karnawału Blogowego, której tematem były przygotowania do sesji - więcej w notce otwarcia. Zgłoszono, lub nie, bo niektóre sam musiałem odnaleźć, nie będę pokazywał Dracha palcami, jeden plus piętnaście notek, które linkuję poniżej. Ponadto na mieście gadają, że jeszcze jedna notka jest w przygotowaniu, więc możliwe, że wkrótce zaktualizuję to zestawienie.

Krótkie opisy przy linkach są durnowate i/lub prowokacyjne na modłę lansowaną przez wiodące portale informacyjne nie dla uchybienia w czymkolwiek autorom, lecz w celu zwiększenia klikalności. W końcu tu chodzi między innymi o promocję blogosfery.

Autorom dziękuję za wkład a czytelnikom za czytanie, komentowanie i promocję notek. A jak kogo jeszcze coś ominęło, to zapraszam do lektury wpisów kryjących się za poniższymi linkami!

Karnawałowe notki:


Na 42. edycję karnawału zaprasza Krzemień. Wspomnijcie najgorszą sesję w życiu!

Dopisek (dopisek do dopisku: primaaprilisowy żart)
Zapomniałem wcześniej wspomnieć o jednej ważnej rzeczy. Mianowicie od 43. edycji (czyli po Krzemieniu) opiekę nad Karnawałem Blogowym przejmuje serwis Poltergeist, czyli popularny Polter. W następnych edycjach będą mogły brać udział wyłącznie notki tam opublikowane. W zamian za to Karnawał zyska własne miejsce, wsparcie moderacji oraz nowe narzędzia techniczne. Pozdro!