Strona główna

sobota, 24 września 2011

Transformers, czyli współczesne kino akcji

Wczoraj z uwagi na pewne skomplikowane okoliczności, którymi jednak nie będę tutaj zanudzał, miałem okazję zobaczyć w telewizorni fragment jakiegoś filmu, który wyglądał mi na ekranizację Transformerów. Do teraz zadaję sobie pytanie: co to, kufa, było?!

Zacząłem oglądać w momencie, kiedy grupa młodych ludzi, buszująca po bazie wojskowej gdzieś na pustyni, napotkała wielkiego robota. Znaczy to chyba miał być robot. Bo wyglądał jak nieodrodne dziecko stracha na wróble i Wielkiego Przedwiecznego (załóżmy, że rolę rodzicielki wziął na siebie ten drugi). Potem było już tylko gorzej.

Jak na dzisiejsze holiłódzkie (czy "o" się wymienia na "ó" również w wyrazach obcego pochodzenia?) standardy przystało w jednej z głównych ról występowało dziewczę hoże. Dziewczę hoże biegało w cienkiej bluzeczce na ramiączka, które to ramiączka najwyraźniej zrobiono z wykorzystaniem najnowocześniejszych technologii, bowiem pomimo szalejącego wokół piekła na ziemi, żadne z nich nie zerwało się ani nawet nie zsunęło trochę, żeby odsłonić więcej powabów.

Jak już przy powabach jesteśmy, to warto nadmienić, że w filmie nadużywano ujęć skłaniających do refleksji: "wyskoczą, czy nie wyskoczą?" (chodzi o te dwa najważniejsze spośród licznych powabów hożego dziewczęcia). Zawsze wtedy ujęcie było spowalniane, żeby myśl owa mogła kołatać się w głowie, jak najdłużej. Uwaga spoiler: nie wyskoczyły. Ani razu.

Nie chce mi się sprawdzać dokładnych liczb, ale film wyglądał na taki, co miał budżet co najmniej dziesięciokrotnie przekraczający polską superprodukcję "Ogniem i mieczem" Hoffmana, który buńczucznie stwierdził, że jego nie należy pouczać, jak kręcić Sienkiewicza. Zdaje się jednak, że nie odnosił się do pouczania, jak należy kręcić sceny batalistyczne. Zatem: panie Hoffman, zrobiłeś to Pan żałośnie: ujęcia na których nic nie widać, bo przed kamerą raz po raz śmigają nogi, głowy, flaki, pociski i inna broń w kolejności dowolnej nie dają satysfakcjonującego obrazu potyczki. Ale panie Hoffman, okazuje się, że to samo robią w Hollywood za grube miliony dolców. Pan robi to samo dziesięć razy taniej. Winszować.

Coś jednak tam się ciekawego dziać podczas walk musiało, powiecie. W końcu milionów dolców nie da się tak łatwo przejeść, jak już się ma na koncie miliony innych dolców. No faktycznie, u Hoffmana nie mieliśmy scen z wyrywaniem kręgosłupa. A tu owszem. Okazuje się, że roboty mają kręgosłupy i można je wyrwać. Jakby mało było zawieszania niewiary przy akceptacji faktu, że z małych samochodów robią się monstrualne robociska i vice versa. Poezja.

Ponadto roboty potrafią czarować. Przykładowo jeden taki robot-czarodziej wpadł między trzy miażdżące wszystko zębate koła znajdujące się w paszczy innego robota, najwyraźniej mugola. Wówczas tuż przed zmiażdżeniem zdołał najwyraźniej rzucić jakiś czar teleportacyjny, albo umożliwiający zmianę stanu skupienia ze stałego w inny, bowiem minęło czasu mało-wiele, kiedy robot-czarodziej wylazł nagle cały i zdrowy z wewnątrz robota-mugola, inną stroną niż paszcza z wirującymi tarczami. Magia.

Ogólnie działo się. Jeden koleżka, chyba główny bohater, biegał wte i nazad, wymachując napotkanym osobom (i robotom) przed nosem jakąś śmierdzącą skarpetą, w którą coś sobie włożył i nazywał to "matrycą". (Co do tego, że była śmierdząca, to po prawdzie nie mam pewności, ale dodaje kolorytu relacji.) Dynamiczne dialogi pisane były niewątpliwie przez holiłódzki generator rozmówek, oto przykładowe, znane dobrze z setek innych filmów frazy: "stąd musi być jakieś wyjście", "muszę to zrobić", "nie idź tam", "zabierz ich stąd", itd., itp., eciepecie.

Naprawdę nie jest tak, że nie lubię takich filmów. Zasadniczo na starcie pozytywnie jestem nastawiony do filmów fantastycznych. Czasem lubię też obejrzeć film akcji. Połączenie tych dwóch elementów zawsze jest dla mnie interesujące. Ale ten niegodny miana filmu gniot, którego fragmenty wczoraj widziałem, powinien mieć ograniczenie wiekowe. Górne.

Na koniec opowiem wam pewien dowcip. Nie o Gąsce Balbince, lecz o księdzu, który przyszedł do burdelu, wybierał, przebierał aż w końcu rzekł:
- Niech będzie pochwa Lony.